12 stycznia 2014 – dzień, który zmienił wszystko

12 stycznia 2014 roku, godzina 6 rano.
Pobudka jak każda inna. Chciałem wstać z łóżka… ale już nie mogłem.

Bełkotliwa mowa.
Paraliż lewostronny – ręka, noga, twarz.

Żona od razu zadzwoniła po pogotowie. Przyjechali szybko. Pytania: czy chorowałem, czy coś bolało, czy brałem leki. Krótka diagnoza: udar mózgu.
Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z powagi sytuacji.


Pierwsze uświadomienie

Przyszła pora, żeby pójść do toalety.
Dostałem kaczkę.

I wtedy coś się zablokowało… jakby w głowie.
Żona postraszyła mnie cewnikiem. Nagle „puściło”.

I wtedy mnie uderzyło.
Ja nie mogę chodzić.

To był moment, w którym dotarło do mnie, że to nie jest „coś chwilowego”.
To było okropne.


Kolejne uderzenie

Mogłem jeść.
Podczas obiadu nagle zauważyłem, że lewa ręka nie działa.
Patrzyłem na nią i nie mogłem uwierzyć, że to moja ręka.

Piątego dnia wykonano kontrolny tomograf.
Wynik: wylew – pęknięcie na 9 cm.

Od tego momentu leżenie „plackiem”.
Nie wolno było się ruszać – zwłaszcza głową.


Leżenie i bezradność

Kroplówki.
Czekanie na kolejny tomograf.
Między jednym a drugim – rehabilitacja w łóżku: ćwiczenie ręki i nogi.

Początki były bardzo ciężkie.

Ale był jeszcze jeden problem… nałóg.


Papieros, którego nie zapaliłem

Ciągnęło mnie do palenia okropnie.
Prosiłem żonę, żeby zostawiła mi papierosa w bluzie wiszącej na wieszaku.

Mówiłem:

„Jak wszyscy pójdą spać, to zapalę w kiblu”.

Śmiała się ze mnie.
Przecież nie mogłem chodzić.

Nie zostawiała.
I do dziś jej za to dziękuję.


Odwiedziny i łzy

Każdy, kto mnie odwiedzał, zaczynał od płaczu.
Później dowiedziałem się, że to normalna reakcja.

Ale gdyby nie te odwiedziny – znajomi, rodzina – byłoby bardzo ciężko.
Może bym się załamał.

Doszło do tego, że nie chciałem odbierać telefonów.
Bałem się, że wybuchnę płaczem do słuchawki.

Wybuchy płaczu zostały mi do dziś.
Ale telefony już odbieram.


To był dopiero początek.
Jeszcze wtedy nie wiedziałem, jak długa i trudna droga przede mną.